Posted on January 8th, 2009 by posciel
Tej nocy Ania zrywała się trzykrotnie i biegła do okna, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie spełniła się przepowiednia wuja Andrewsa. Wreszcie zaświtał cudowny poranek. Na niebie usłanym pościelą pereł, poprzerzynanym złotymi i srebrnymi smugami, ukazała się ognista kula słoneczna. Natychmiast po śniadaniu zjawiła się Diana. W jednej ręce niosła koszyk kwiatów, w drugiej — białą sukienkę; nie mogła przecież się wystroić, dopóki nie zostaną ukończone przygotowania do obiadu. Tymczasem miała na sobie różową sukienkę i fartuszek z mnóstwem karbowanych falbanek, w czym jej było bardzo do twarzy. Wyglądasz uroczo — rzekła Ania z podziwem. Diana westchnęła. Ale znowu musiałam poszerzyć wszystkie suknie. Od lipca przybyło mi jeszcze cztery funty. Aniu, kiedy się to skończy? Bohaterki pani Morgan są zawsze wysokie i smukłe. Zapomnij dziś o wszystkich troskach. Pomyśl, ile nas czeka przyjemności! — zawołała Ania wesoło. — Pani Allan powiada, że ilekroć doznajemy przykrości, powinniśmy wspomnieć jakąś radość, która dałaby się tamtej przeciwstawić. Jeśli nawet jesteś cokolwiek za pulchna, masz za to najrozkoszniejsze dołeczki, a jeśli ja mam piegowaty nos, to kształt jego jest bez zarzutu. Czy nie sądzisz, że sok cytrynowy poskutkował? O, bezwarunkowo — odparła Diana i dziewczęta wybiegły do ogrodu pełnego powiewnych cieni i drżących blasków. Przede wszystkim udekorujemy bawialnię. Czasu mamy dużo, bo Priscilla zapowiedziała, że przyjadą po dwunastej. Obiad będzie o pierwszej. Wątpliwe, czy w tej chwili w Kanadzie lub nawet w całych Stanach udałoby się znaleźć dwoje szczęśliwszych dziewcząt. Wydawało im się, że w każdym zgrzycie nożyc ścinających róże, peonie lub hiacynty słyszą: “Dziś przyjeżdża pani Morgan”. Ania nie pojmowała, jak pan Harrison mógł z takim spokojem kosić trawę, jak gdyby nie miało zajść nic niezwykłego. Bawialnia na Zielonym Wzgórzu czyniła zazwyczaj dość ponure wrażenie. Powodem tego były poważne staroświeckie meble, sztywne tiulowe firanki i białe perkalowe pokrowce, leżące równiutko na meblach, o ile jakiś zbyt żywy gość nie ściągał ich gwałtownymi ruchami. Nawet Ani nie udawało się ożywić tego pokoju, bo Maryla sprzeciwiała się wszelkim zmianom. Ale jakaż jest potęga kwiatów! Gdy dziewczęta ukończyły swą pracę, pokój był nie do poznania. Wielka szafirowa waza, pełna białych peonii, zdobiła politurowany stół; na czarnym, lśniącym gzymsie kominka piętrzyły się róże i paprocie; z obu stron drzwiczek stały wazony szkarłatnych peonii, a same drzwiczki tonęły w powodzi żółtych maków. Cały ten przepych barw w promieniach słońca, wpadających poprzez liście powojów pnących się u okien, przeistoczył ponurą zwykle bawialnię w czarującą altanę, wyśnioną przez Anię. Nawet Maryla, która przyszła z zamiarem krytykowania, zdumiała się i znalazła tylko słowa pochwały. Teraz nakryjemy do stołu — rzekła Ania tonem kapłanki przygotowującej się do wypełnienia uroczystego obrządku na cześć swojej bogini. — Pośrodku stołu ustawimy wazon polnych róż, po jednej różyczce przy każdym nakryciu, a dla pani Morgan całą wiązankę jako aluzję do jej cudownej powieści: “Ogród róż”. Do nakrycia stołu użyto najcieńszej bielizny, najlepszej porcelany i srebra Maryli. Wszystko lśniło i błyszczało jak nowe. Następnie dziewczęta podreptały do kuchni, pełnej smakowitych zapachów wydostających się z piecyka, gdzie rumieniły się już z głośnym skwierczeniem kurczęta. Ania przygotowała kartofle, a Diana groszek. Później Diana zamknęła się w spiżarni, aby przyrządzić sałatę, Ania zaś, której policzki pałały zarówno od wewnętrznego podniecenia, jak od gorąca blachy kuchennej, przyprawiała sos do kurcząt, siekała cebulę na zupę, a wreszcie ubiła śmietankę na tort. A co robił przez cały ten czas Tadzio? Czy dotrzymywał przyrzeczenia danego Ani? Owszem, najzupełniej. Co prawda nalegał, by mu pozwolono zostać w kuchni, gdyż “umierał z ciekawości”. Ponieważ jednak siedział spokojnie w kącie, rozplątując kawałek sieci rybackiej, którą sobie przyniósł z ostatniej swej wyprawy nad morze, nie przeszkadzał nikomu. Już o wpół do dwunastej sałata była gotowa, tort cytrynowy przybrany kremem, a wszystko, co powinno było bulgotać i skwierczeć, bulgotało i skwierczało. Teraz biegnijmy się ubrać — rzekła Ania — bo a nuż przyjadą o dwunastej? Obiad musi być podany punktualnie o pierwszej, zupa nie może czekać. Dnia tego na facjatce Ani nader gorliwie przestrzegano najdrobniejszych szczegółów dotyczących toalety. Ania bardzo badawczo przyglądała się swemu nosowi i z radością stwierdziła, że czy to na skutek użytej cytryny, czy z powodu niezwykłych rumieńców, piegi stały się prawie niewidoczne. W swych białych sukienkach obie przyjaciółki wyglądały równie czarująco i wdzięcznie jak wszystkie bohaterki pani Morgan. Mam nadzieję, że od czasu do czasu uda mi się coś powiedzieć i nie będę siedziała jak niema — rzekła Diana z obawą. — Wszystkie bohaterki pani Morgan umieją prowadzić rozmowę, ale ja często zapominam języka w ustach i mam wtedy głupią minę. Lękam się też, że powiem “jezdem” zamiast “jestem”. Od czasu lekcji z panną Stacy nigdy tego błędu nie robię, ale w chwili podniecenia wyrwę się z tym na pewno. Jeśli bym powiedziała “jezdem” w obecności pani Morgan, umarłabym chyba ze wstydu. Ja też drżę na myśl o wielu rzeczach — rzekła Ania. — Lecz jestem spokojna, że mówić potrafię. Co do tego można było rzeczywiście być spokojnym. Ania zarzuciła na swój galowy strój wielki fartuch i poszła przygotować zupę. Maryla, także odświętnie ubrana, zdawała się bardziej zdenerwowana niż kiedykolwiek. O wpół do pierwszej przybyli Allanowie i panna Stacy. Wszystko szło gładko, ale Ania zaczynała się niepokoić: pani Morgan i Priscilla powinny były już nadjechać. Co chwila biegła do furtki i wyglądała na drogę. A jeśli wcale nie przyjadą? — mówiła żałośnie. Nie myśl o tym, to byłoby zbyt okropne — przekładała Diana, która już sama w cichości dzieliła niepokój Ani. Aniu! — zawołała Maryla wychodząc z bawialni. — Panna Stacy chciałaby zobaczyć granatowy chiński półmisek panny Barry. Ania pośpieszyła do stołowego kredensu. W swoim czasie, zgodnie z obietnicą złożoną pani Linde, udała się do panny Barry z prośbą o pożyczenie tego cennego przedmiotu. Panna Barry nie odmówiła swej ulubienicy i przysłała żądany półmisek, upominając ją jednocześnie w liście, żeby go strzegła jak oka w głowie, gdyż kosztował dwadzieścia dolarów. Po podwieczorku w Kole Pomocy półmisek został zwrócony na Zielone Wzgórze, bo Ania chciała go osobiście odwieźć do miasta. Ostrożnie wyniosła półmisek przed dom, gdzie goście napawali się chłodnym powiewem, dochodzącym znad strumienia. Oglądano i podziwiano ten piękny antyk, gdy wtem, w chwili kiedy Ania brała go z powrotem w swoje ręce, w spiżarce rozległ się jakiś trzask i brzęk. Maryla, Diana i Ania zerwały się. Ania przystanęła tylko na chwilę, by postawić drogocenny półmisek na stopniach schodów. W spiżarni oczom ich przedstawił się straszny widok. Mały smyk z miną winowajcy, w świeżutkiej bluzie suto zasmarowanej żółtym kremem, złaził ze stołu, na którym widniały resztki czegoś, co jeszcze niedawno było pięknym kremowo–cytrynowym tortem. Cóż się okazało? Tadzio skończył prucie sieci i zwinął sznurek na kłębek, później wszedł do spiżarni, ażeby umieścić go na półce nad stołem. Złożył już tam kilka podobnych kłębków, które nie miały innego użytku prócz tego, by właścicielowi tych skarbów sprawiać radość myślą o ich posiadaniu. Ażeby dosięgnąć półki, Tadzio wspiął się po stole, czego Maryla zabraniała mu surowo, uważając to ćwiczenie akrobatyczne za niebezpieczne, tym bardziej że kiedyś już spadł ze stołu. Tym razem rezultat był rzeczywiście fatalny. Tadzio pośliznął się i upadł wprost na tort. Jego bluzy nie można było prezentować gościom tego dnia, a tortu — już nigdy. Tadziu — zwróciła się Maryla do malca — czy nie zabroniłam ci wdrapywać się na stół? Zapomniałem — zajęczał Tadzio. — Zabraniacie mi takiej masy rzeczy, ze nie mogę wszystkiego zapamiętać. Więc marsz na górę i zostań tam do wieczora. Może przez ten czas przypomnisz sobie tę masę rzeczy, o których zapominasz. Nie, Aniu, nie powinnaś go bronić. Wymierzam mu karę za nieposłuszeństwo, nie za zmarnowanie tortu, bo to było przypadkowe. Powtarzam raz jeszcze: idź na górę, Tadziu. A co będzie z moim obiadem? — zawodził Tadzio. Po naszym obiedzie zejdziesz do kuchni, gdzie dostaniesz swoją porcję. To doskonale — pocieszył się prędko Tadzio. — Jestem pewny, że Ania zostawi mi pyszne udeczko. Prawda, Aniu? Ty przecież wiesz, że ja nie chciałem upaść na tort. Ale proszę cię, Aniu, skoro jest już pokruszony, czy nie mógłbym zabrać kilku kawałków na górę? O, nie, mości panie, nie ma dla ciebie tortu — rzekła Maryla popychając go ku drzwiom. Co będzie z deserem? — pytała Ania patrząc na resztki ciasta. Wyjmij słój konfitury poziomkowej — doradziła Maryla. — Szczęściem, zostało do niej jeszcze dość kremu. Pierwsza godzina wybiła, ale pani Morgan z Priscillą nie zjawiły się. Ania była zrozpaczona: cały obiad się zmarnuje… będzie przestały. W ogóle nie wierzę w ich przyjazd — rzekła Maryla gniewnie. Ania i Diana z niepokojem patrzyły na siebie. O wpół do drugiej Maryla ponownie ukazała się w drzwiach kuchni. Dziewczęta, trzeba podać obiad. Wszyscy są głodni i nie ma na co czekać dłużej. Pani Morgan nie przyjedzie, to pewne. Czekanie nie pomoże. Ania i Diana spełniły polecenie Maryli, ale zapał ich i dobry humor przygasły. Nie przypuszczam, żebym mogła przełknąć bodaj kęs — skarżyła się Diana żałośnie. Ani ja, ale chciałabym, żeby obiad był dobry ze względu na państwa Allan i pannę Stacy — rzekła Ania obojętnym tonem. Wykładając groszek na salaterkę, Diana skosztowała go i skrzywiła się niemiłosiernie. Aniu, czyś ty cukrzyła groszek? Rozumie się — odpowiedziała Ania z miną osoby, która spełniła swój obowiązek. — Włożyłam pełna łyżkę cukru, my tak przyprawiamy groszek. Czy dla ciebie jest za słodki? Ale i ja wsypałam łyżkę cukru wstawiając go do pieca. Ania przerwała tłuczenie kartofli i także spróbowała groszku. I ona skrzywiła się z obrzydzeniem. Ach, jakiż wstrętny! Nie przypuszczałam, że wsypiesz cukru, bo wiem, że u was się go nie używa. Jak na złość pamiętałam o tym, zazwyczaj przecież zapominam. Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść — rzekła Maryla przysłuchująca się tej rozmowie z miną winowajczyni. — Lękając się, że nie będziesz pamiętała o cukrze, o którym stale zapominasz, Aniu, sama przyprawiłam groszek na słodko. Goście w bawialni usłyszeli głośne wybuchy śmiechu, lecz nie dowiedzieli się, co było ich przyczyną. Jednakże groszku na obiad nie dostali. Musi wystarczyć sałata — zaopiniowała Ania, ochłonąwszy — sądzę, że reszta potraw lepiej się udała. Podajmy prędzej obiad i skończmy z tym. Nie można twierdzić, że obiad udał się pod względem towarzyskim. Allanowie i panna Stacy starali się sami ratować sytuację, a i Maryla nie straciła zwykłego sobie spokoju, lecz Ania i Diana, podniecone oczekiwaniem i doznanym zawodem, nie mogły jeść ani rozmawiać. Ze względu na swych gości Ania wprawdzie bohaterskim wysiłkiem zmuszała się do podtrzymywania rozmowy, lecz cała jej błyskotliwość zniknęła. Pomimo prawdziwego przywiązania do Allanów i panny Stacy, z utęsknieniem myślała o chwili, gdy ich pożegna i będzie mogła na swej facjatce wtulić głowę w swoją pościel i wypłakać żale i rozczarowania. Stare to, ale dobre przysłowie: “Gdzie cienko, tam się rwie”. Nie nadszedł jeszcze koniec trosk tego dnia. W chwili gdy pastor skończył modlitwę poobiednią, na schodach rozległ się dziwny, złowrogi hałas, jak gdyby jakiś ciężki przedmiot staczał się ze stopnia na stopień. Po czym już na samym dole nastąpił trzask i szczęk. Wszyscy zerwali się z miejsc, Ania wydała okrzyk przerażenia. W przedsionku, u podnóża schodów, pomiędzy szczątkami granatowego półmiska leżała wielka muszla, zdobiąca zwykle półeczkę na piętrze; u szczytu zaś schodów klęczał struchlały Tadzio, patrząc szeroko otwartymi oczami na dokonane zniszczenie. Tadziu — krzyknęła Maryla groźnie — czyś ty umyślnie zrzucił muszlę? Broń Boże — szlochał Tadzio — ja tu klęczałem cicho jak myszka i przypatrywałem się wam przez poręcz. Nieumyślnie trąciłem nogą tę starą skorupę i ona spadła… Jestem taki strasznie głodny. Wolałbym już, żebyście mnie zbili jak psa, a nie posyłali na górę wtedy, kiedy dzieje się coś ciekawego. Nie łaj Tadzia, Marylo — rzekła Ania zbierając szczątki drżącymi rękami. — To moja wina. Postawiłam tu półmisek i zapomniałam o nim zupełnie. Jestem słusznie ukarana za niedbalstwo. Ale co powie panna Barry? Trudno, wiesz przecież, że go kupiła. Co innego, gdyby to była jakaś pamiątka rodzinna — starała się pocieszać ją Diana. Goście, czując, że obecność ich jest krępująca, odeszli, a Diana i Ania, zmywając naczynia, rozmawiały z sobą tak mało, jak jeszcze nigdy w życiu. Wkrótce Diana poszła do domu ze strasznym bólem głowy, Ania zaś z nie mniejszym powędrowała do sypialni i wskoczyła pod swoją ukochana pościel bawełnianą. Powróciwszy o zachodzie słońca z poczty polskiej, Maryla wręczyła Ani list pisany przez Priscillę poprzedniego dnia. Okazało się, że pani Morgan skręciła nogę, tak że nie mogła opuszczać pokoju. Ale co najgorsze, droga Aniu — pisała Priscilla — obawiam się, ze nasze odwiedziny nie dojdą wcale do skutku. Z chwilą gdy ciotka wyzdrowieje, będzie musiała wrócić do Toronto, bo przyrzekła stawić się tam na oznaczony termin.